Radomiak Radom sięgnął po wygraną z Widzewem Łódź dopiero w doliczonym czasie gry i zrobił to w meczu, który przez długi moment układał się dla gości całkiem korzystnie, informuje sport-tour.pl, powołując się na wp.pl. W spotkaniu PKO Ekstraklasy zespół z Łodzi prowadził po samobójczym trafieniu rywala, ale w końcówce stracił wszystko i ponownie został bez niezwykle potrzebnego wyniku. Dla Widzewa to kolejny bolesny cios w walce o spokojną końcówkę sezonu, a dla Radomiaka szansa, by po serii niepowodzeń złapać trochę oddechu.
Pierwsza połowa bez goli, ale nie bez napięcia
Obie drużyny przystępowały do sobotniego meczu w Radomiu z dużym ciężarem na barkach. Koniec sezonu w PKO Ekstraklasie zbliża się coraz bardziej, a Widzew Łódź wciąż musiał oglądać się za siebie i myśleć o tym, co dzieje się w dolnej części tabeli. Radomiak także nie mógł czuć się bezpiecznie, ponieważ po serii słabszych wyników znajdował się zaledwie punkt nad strefą spadkową.
Goście spróbowali od początku narzucić swoje warunki i już po kilkunastu sekundach zagrozili bramce rywala, gdy Emil Kornvig uderzył nad poprzeczką. W 6. minucie Widzew ponownie dał o sobie znać po miękkim dośrodkowaniu Frana Alvareza z rzutu wolnego, a pierwszy celny strzał drużyny Aleksandara Vukovicia padł w 14. minucie, kiedy Sebastian Bergier sprawdził Filipa Majchrowicza. Początek należał do łodzian, ale z biegiem czasu mecz się wyrównał, a Radomiak przestał ograniczać się wyłącznie do defensywy.
Gospodarze długo nie potrafili zamienić swoich ataków na naprawdę groźne sytuacje, choć z każdą minutą naciskali coraz śmielej. W 20. minucie Elves Balde nieczysto trafił w piłkę z dobrej pozycji, a pod koniec pierwszej połowy Radomiak sprawiał już wrażenie zespołu bardziej gotowego do mocniejszego uderzenia. W 34. minucie Abdoul Tapsoba zamykał płaskie dogranie Jana Grzesika, a trzy minuty później Vasco Lopes wprawdzie skierował piłkę do siatki, ale gol nie został uznany z powodu spalonego.
Samobójcze trafienie Donisa odmieniło obraz meczu

Po przerwie Radomiak nie zwolnił i nadal naciskał na bramkę Bartłomieja Drągowskiego. Jan Grzesik swoim strzałem zmusił bramkarza do pełnej koncentracji, a Widzew odpowiedział szybkim wypadem z udziałem Mariusza Fornalczyka i Juljana Shehu. Mecz pozostawał otwarty, ale coraz wyraźniej wyglądał jak spotkanie, które może rozstrzygnąć jeden poważny błąd.
Do takiego błędu doszło w 59. minucie, kiedy Widzew wyszedł na prowadzenie w dość nietypowych okolicznościach. Po akcji Sebastiana Bergiera i Juljana Shehu Christos Donis niefortunnie interweniował we własnym polu karnym i skierował piłkę do własnej bramki. Sędziowie jeszcze analizowali całą sytuację, w tym ewentualnego spalonego Bergiera, jednak powtórki nie dały podstaw do anulowania gola i na tablicy wyników pojawiło się 1:0 dla drużyny z Łodzi.
Po stracie bramki Radomiak wyglądał na zdezorientowany i przez pewien czas rzeczywiście przypominał boksera po mocnym ciosie. Gospodarze stracili płynność, a Widzew dostał szansę, by dowieźć do końca niezwykle cenne zwycięstwo. W tamtym momencie można było odnieść wrażenie, że nawet bez wielkiego błysku łodzianie zdołają zgarnąć trzy punkty, ale końcówka całkowicie odwróciła ten scenariusz.
Wielki zwrot akcji w doliczonym czasie gry
Przełom nadszedł w 82. minucie, kiedy Radomiak wreszcie wykorzystał moment, który przywrócił go do meczu. Roberto Alves, który pojawił się na boisku z ławki, przejął piłkę po nieudanym wybiciu przeciwnika i huknął pod poprzeczkę tak mocno, że bramkarz nie miał żadnych szans. Dla gospodarzy nie było to zwykłe wyrównanie, lecz impuls, który całkowicie odmienił atmosferę na murawie.
Już w doliczonym czasie gry Radomiak dopiął swego po jednym z ostatnich natarć. Po rzucie wolnym Rafała Wolskiego w polu karnym zrobiło się bardzo gorąco, pojawiła się seria uderzeń, a decydujący cios zadał Luquinhas, który z bliska dobił piłkę do siatki. W ten sposób mecz, w którym Widzew był o kilka minut od zwycięstwa, zakończył się dla niego prawdziwym koszmarem i porażką 1:2.
Wynik meczu, strzelcy i składy
Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 dla Radomiaka, choć pierwszy gol padł po samobójczym trafieniu Christosa Donisa w 59. minucie. Później dla gospodarzy trafiali już Roberto Alves w 82. minucie oraz Luquinhas w 90. minucie, zapewniając zespołowi cenne zwycięstwo po odwróceniu losów meczu. To kolejny dowód na to, jak nerwowe bywają końcówki sezonu w PKO Ekstraklasie, gdzie jeden moment nie daje jeszcze niczego, a wszystko może zmienić się w kilka chwil.
W wyjściowym składzie Radomiaka znaleźli się Filip Majchrowicz, Zie Ouattara, Steve Kingue, Jeremy Blasco, Jan Grzesik, Christos Donis, Vasco Lopes, Luquinhas, Rafał Wolski, Elves Balde i Abdoul Tapsoba. Widzew rozpoczął mecz w zestawieniu: Bartłomiej Drągowski, Carlos Isaac Munoz, Steve Kapuadi, Przemysław Wiśniewski, Emil Kornvig, Lindon Selahi, Juljan Shehu, Samuel Kozlovsky, Fran Alvarez, Mariusz Fornalczyk i Sebastian Bergier. Żółte kartki po stronie gospodarzy obejrzeli Balde, Romario, Wolski, Ouattara i Maurides, natomiast w ekipie gości upomniani zostali Munoz i Żyro.
Więcej sportowych emocji przyniosła też historia Armana Tsarukyana, który tuż przed walką musiał zmieniać plany podróży do Filadelfii.