Kilka setnych sekundy w narciarstwie alpejskim potrafi wywrócić wszystko do góry nogami — i dokładnie tak stało się z Maryną Gąsienicą-Daniel podczas zimowych igrzysk olimpijskich w Cortinie d’Ampezzo, informuje sport-tour.pl powołując się na sport.interia.pl. Polka zakończyła slalom gigant na siódmym miejscu, tracąc do medalu zaledwie 0,13 sekundy. To różnica, która w telewizji wygląda jak mgnienie, a w wynikach oznacza życie bez podium.
13 setnych — i już po marzeniach o podium
Po finiszu Maryna Gąsienica-Daniel z trudem panowała nad emocjami i chowała oczy za okularami. Przyznała, że niemal cały czas płacze i że to taki śmiech przez łzy, gdy wiesz, że dałaś z siebie wszystko, ale zabrakło tych najmniejszych ułamków. W rozmowie z dziennikarzem Interii Sport Tomaszem Kalembą powiedziała wprost, że jej przejazdy były naprawdę dobre i nie czuje, by mogła zrobić więcej.
Kalemba zwrócił uwagę, że do medalu zabrakło dokładnie 13 setnych sekundy i dodał, iż na tych igrzyskach Polsce wyjątkowo nie sprzyja szczęście. Maryna nie szukała wymówek, tylko spokojnie wyjaśniła, jak działa slalom gigant na najwyższym poziomie: tu mikrostraty czasu decydują o krążkach. Podkreśliła też, że jej siódma pozycja najlepiej pokazuje, jak ciasna była rywalizacja, skoro te same 0,13 sekundy dzieliły ją nawet od drugiego miejsca.
Trasa była „łatwa”, a stawka — niesamowicie wyrównana
Po pierwszym przejeździe Maryna nie była w czołowej dziesiątce, ale straty pozostawały minimalne i zawodniczka świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Kiedy zjechała na dół i zobaczyła, że jest dziewiąta oraz traci 0,40 sekundy, od razu poczuła, że takie ściskanie wyników dawno się nie zdarzało. W jej ocenie był to jasny sygnał, że trasa okazała się stosunkowo prosta, a każdy szczegół miał większą wagę niż zwykle.
Zwróciła uwagę szczególnie na dolny odcinek, który był bardzo płaski, a ustawienie bramek dość „prosto” poprowadzone. W takich warunkach zyskują też zawodniczki mocniejsze w konkurencjach szybkościowych, bo tempo i prędkość potrafią przykryć drobne różnice techniczne. Mimo braku medalu Gąsienica-Daniel uważa, że oba przejazdy były solidne, a cały dzień sportowo broni się w stu procentach.
Błąd w pierwszym przejeździe i pułapka „fałszywych śladów”
Zawodniczka nie była zła na siebie za sam fakt błędu, ale uderzyło ją coś innego. Opowiedziała, że podczas oglądania trasy na ostatniej „górce” zobaczyła ślady prowadzące w lewo i uznała je za podpowiedź właściwej linii. Dopiero później wyszło na jaw, że to nie były ślady rywalek, tylko najpewniej osób ześlizgujących się po stoku, które zostawiły zupełnie inną trajektorię.
To ją wytrąciło i właśnie na to najbardziej się denerwuje — nie na błąd jako taki, tylko na to, że zaufała obrazowi, który okazał się mylący. Jednocześnie podkreśliła, że w narciarstwie alpejskim nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo drugi przejazd czeka natychmiast. Musiała szybko się przestawić, zebrać energię i skupić się wyłącznie na walce, bo takie sytuacje przerabia się w biegu, bez wielkich analiz na gorąco.
Ile kosztowały pomyłki i dlaczego „gdyby” niczego nie zmienia
Na pytanie o to, ile mogły kosztować błędy, Maryna odpowiedziała bardzo konkretnie. Jej zdaniem jeden z nich mógł zabrać około 0,40 sekundy, ale od razu dodała, że rozważanie alternatywnych scenariuszy nie ma sensu. Gdyby tamtego momentu nie było, w drugim przejeździe startowałaby z innym numerem i w innych warunkach, a to mogłoby przynieść zarówno korzyść, jak i kolejne ryzyko.
W drugim przejeździe też pojawiły się drobiazgi: na jednej albo dwóch tyczkach narta lekko „zahaczyła”, a czasem to wystarczy, by stracić prędkość. Na łatwej trasie sekundy nie spadają z nieba — uciekają natychmiast, gdy tylko minimalnie wyhamujesz. I właśnie w takich detalach kryją się te 0,12–0,13 sekundy, które oddzieliły ją od olimpijskiego krążka.
Co dalej z karierą: 32 lata, motywacja i cel w postaci medali MŚ
Gdy rozmowa zeszła na kolejne igrzyska, Gąsienica-Daniel przyznała, że to wyjątkowo trudne pytanie. Ma 32 lata i nie chce mówić ani o końcu kariery, ani o planie rozpisanym na cztery lata, bo wszystko zależy od wewnętrznej motywacji. Poprosiła kibiców, by trzymali kciuki, żeby nie zabrakło jej chęci do pracy i jazdy w przyszłym sezonie.
Najbliższym dużym celem nazwała walkę o medale mistrzostw świata. Zapytana, czy sytuacja, w której do podium brakuje 13 setnych, dodaje sił czy je odbiera, odpowiedziała bez wahania. Taki finisz raczej napędza, bo kiedy jesteś tak blisko, wiesz, że to realne i chcesz wrócić na start, żeby w końcu wejść na podium.
Przykład Brignone i dylemat „sport czy rodzina”
Zwyciężczynią zawodów była Federica Brignone, która ma 35 lat, i dla Maryny to ważny punkt odniesienia. Powiedziała wprost, że w takim wieku wciąż da się być na topie, co wzmacnia jej wiarę w możliwości dalszej rywalizacji. Jednocześnie przyznała, że w jej głowie istnieje też drugi temat — rodzina i moment, w którym trzeba będzie zdecydować, co jest ważniejsze.
Nie chce dziś składać deklaracji ani rysować twardych granic, bo sport na tym poziomie często burzy nawet najlepsze plany. Z drugiej strony wie, że wybór kiedyś nadejdzie i nie da się go w nieskończoność odkładać. Na razie w centrum pozostają trening, forma i kolejna szansa, by wrócić do walki o najwyższe lokaty.
Cortina jako rodzinna historia i moc trybun
Cortina d’Ampezzo ma dla jej rodziny wyjątkowe znaczenie także z powodów historycznych. Maryna przypomniała, że 70 lat temu w tej okolicy na igrzyskach startowali jej przodkowie — krewni ze strony dziadka, i ta świadomość dodawała jej energii. Marzyła o tym, by właśnie tutaj domknąć symboliczne koło i sprawić, żeby te igrzyska były „wisienką na torcie” rodzinnej opowieści.
Medalu nie zdobyła, ale wcale nie odbiera to sensu temu występowi. Podkreśliła, że reprezentowanie rodziny, siebie i kraju na takim poziomie to ogromna rzecz i powód do dumy. Dodatkowo powrót igrzysk do Europy sprawił, że na trybunach mogła pojawić się większa grupa wsparcia, a ona miała naprawdę wielu kibiców — przede wszystkim rodzinę i fanów.
Z uśmiechem stwierdziła nawet, że jej grupa była prawdopodobnie drugą najliczniejszą po kibicach Federiki Brignone. Głośne dopingi nie dopisują setnych do wyniku, ale potrafią dodać siły, gdy stawką jest każdy skręt i każda bramka. Dla Maryny to był kolejny dowód, że w tej walce nie jest sama.
„Nigdy nie stała na podium” — a igrzyska potrafią łamać schematy
W rozmowie wrócił też temat sceptycyzmu: skoro nigdy nie byłaś na podium, to olimpijski medal jest prawie nierealny. Jako kontrprzykład padła historia Kacpra Tomasiaka, który także wcześniej nie stawał na podium, a z tych igrzysk wraca z dwoma medalami. Marynę zapytano, czy to ją inspirowało i czy śledziła wydarzenia olimpijskie.
Odpowiedziała, że oglądała występy polskich zawodników i mocno im kibicowała, podobnie jak łyżwiarzom. Dodała też, że doskonale rozumie uczucie tych, którym zabrakło naprawdę niewiele, bo sama przeżyła niemal identyczną sytuację. Jej zdaniem igrzyska to miejsce, gdzie wszystko może się wydarzyć, a czasem właśnie underdogi wchodzą na najwyższy poziom i zabierają medale, przewracając wszystkie wcześniejsze prognozy.
Jeśli interesują Cię polskie emocje na IO, sprawdź też nasz materiał Kamil Stoch na dużej skoczni kiedy start i czy po falstarcie wróci do gry?