Włoskie skocznie w Predazzo niespodziewanie stały się miejscem, w którym polskie skoki narciarskie wyszły z cienia i znów znalazły się w centrum uwagi, informuje sport-tour.pl powołując się na sport.pl. Podczas igrzysk w Mediolanie i Cortinie beneficjentami nie okazali się wyłącznie zawodnicy — równie mocno odetchnęli ci, którzy od miesięcy utrzymywali kadrę na powierzchni. Ten sukces ma bowiem drugie dno: sportowe, emocjonalne i organizacyjne.
Nie tylko Tomasiak. Kto naprawdę odetchnął po Predazzo
Być może największym „wygranym” tych igrzysk nie jest sam Kacper Tomasiak, lecz prezes PZN Adam Małysz oraz trener kadry Maciej Maciusiak. Jeszcze dzień wcześniej nikt nie miałby pretensji do nastoletniego debiutanta, gdyby wrócił z Włoch bez medalu. Sam start na takim poziomie wielu uznałoby za mocny sygnał, że rośnie ktoś na lata.
Rzeczywistość poszła jednak w inną stronę i natychmiast zmieniła atmosferę wokół reprezentacji. Słowa Małysza wypowiedziane przed kamerami, że musi się „napić” z trenerem, brzmiały jak czysta ulga, a nie pokazowa brawura. Trzy olimpijskie medale wywalczone niespodziewanie przez Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska sprawiły, że polscy skoczkowie stali się jedną z najgłośniejszych historii całych igrzysk.
Medale, „hat-trick” i wielkie nazwiska. Kto rządził na skoczniach
Gdyby patrzeć wyłącznie na liczbę wizyt na podium w Predazzo, częściej niż Polacy pojawiali się tam reprezentanci Słowenii, Norwegii i Japonii. W przypadku Słoweńców i Norwegów dużą część ogólnego dorobku „dociągnęły” jednak kobiety, co mocno wpływa na obraz rywalizacji. Norweżka Anna Odin Stroem i Słowenka Nika Prevc zdobyły po trzy medale każda, pokazując regularność, której trudno przeciwstawić się nawet jednym świetnym występem.
Wśród mężczyzn prawdziwych „gigantów” było właściwie dwóch: Japończyk Ren Nikaido i polski nastolatek Kacper Tomasiak. Dla Nikaido taki wynik nie był niespodzianką, bo to zawodnik dojrzały i trzeci w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Do Predazzo przyjechał jako jeden z głównych faworytów, obok Słoweńca Domena Prevca. Tomasiak natomiast startował w zupełnie innej roli — z prawem do błędów i bez obowiązku „ratowania” całej dyscypliny.
Tomasiak jako sensacja. Kiedy przyszłość staje się teraźniejszością
Tomasiak zostanie zapamiętany jako największe objawienie tych igrzysk. Po Irenie Szewińskiej, Otylii Jędrzejczak i Justynie Kowalczyk jest dopiero czwartym polskim sportowcem, który na jednych igrzyskach trzykrotnie stawał na podium. To nie jest tylko ładna statystyka, ale poziom osiągnięcia, który od razu zmienia rangę nazwiska w polskim sporcie.
Najciekawsze w tej historii jest jednak nie samo „ile”, lecz jak mocno Tomasiak przeskoczył oczekiwania. Gdyby w konkursach indywidualnych w Predazzo dwa razy zajął choćby dziesiąte miejsce, i tak usłyszałby same pochwały. Taki wynik u debiutanta buduje perspektywę, ale nie wymusza przewartościowań już teraz. Tomasiak wybrał inny scenariusz — zamiast obietnicy stał się faktem, a to w sporcie często odróżnia wybitnych od po prostu bardzo dobrych.
Bez polowania na winnych. Jak zmieniło się tło wokół PZN
Można sobie wyobrazić, że Tomasiak „wstrzymałby” eksplozję talentu na później. Wtedy frustracja i poczucie kolejnego rozczarowania po Predazzo szybko spadłyby na Maciusiaka i Małysza, bo kibice w takich momentach szukają prostych odpowiedzi. To przecież nie nastolatek odpowiada za kondycję polskich skoków, tylko ludzie, którzy prowadzą ten projekt na co dzień.
Fani lubiący wskazywać konkretnych „winnych” zadawaliby pytania o nazwiska i decyzje: co zrobił prezes PZN i trener kadry, żeby uniknąć porażek? Po trzech medalach ton jest zupełnie inny i nikt nie musi dziś na siłę rozkręcać tej dyskusji. Wszystko wskazuje na to, że Małysz i Maciusiak nie tylko byli obok, ale realnie pomogli drużynie przygotować się na najważniejszy start ostatnich czterech lat.
Po drugim miejscu Tomasiaka na skoczni normalnej trener kadry otwarcie przyznał, że od dawna jest celem ataków hejterów. Dodał, że nie bierze tego do siebie, bo takie komentarze często piszą ludzie sfrustrowani, którzy sami niczego w życiu nie osiągnęli. W ustach na co dzień stonowanego Maciusiaka zabrzmiało to ostro, ale jednocześnie bardzo autentycznie. Dało się wyczuć, że to wypowiedź zbudowana przez presję narastającą sezon po sezonie.
Kryzys w tle i krótkie okno spokoju przed Pucharem Świata
Już w 2022 roku, gdy Małysz rozważał start w wyborach na prezesa PZN, jego rodzina była temu przeciwna. Żona i córka stanowczo go odradzały, a można to zrozumieć, bo właśnie wtedy kryzys w polskich skokach zaczynał robić się systemowy. Zimą 2023 roku Piotr Żyła obronił w Planicy tytuł mistrza świata na skoczni normalnej, a dla Dawida Kubackiego był to ostatni naprawdę wielki sezon. Później przyszły trzy edycje Pucharu Świata, w których polscy skoczkowie stawali na podium zaledwie cztery razy — liczba, która boli kraj o tak mocnych tradycjach.
Na tym tle Małysz dostawał rykoszetem niemal z każdej strony. Słyszał, że jako zawodnik był wielki, ale jako prezes wypada słabo, i nie były to opinie wyłącznie z mediów społecznościowych. Szef PKOl Radosław Piesiewicz powiedział mu to wprost tuż przed igrzyskami, co tylko dolało oliwy do ognia. Dlatego olimpijskie medale z Predazzo to nie „udany tydzień”, lecz moment, który daje władzom i sztabowi oddech oraz szansę na spokojniejszą pracę.
Sport nie pozwala jednak długo celebrować. Już za 10 dni Maciusiak zabierze swoich skoczków na Puchar Świata w austriackim Bad Mitterndorf. Nawet jeśli Tomasiak nie wystąpi na mamucie Kulm, do rywalizacji wróci w Lahti w dniach 6–8 marca. To właśnie wtedy zakończy się rywalizacja duetów — konkurencja, która w olimpijski poniedziałek w Predazzo przyniosła Polsce tak rzadkie i tak potrzebne szczęście.
Jeśli chcesz dorzucić do tego tenisowe emocje, sprawdź też naszą relację z meczu Rybakina – Birrell w WTA Dubaj.